Umiejętność nienabyta

 Brakuje mi palców u rąk, aby ich wszystkich policzyć.

O kim mowa? O chłopcach (i mężczyznach), którzy przewinęli się przez moje życie, czasem zostawiając po sobie smrodek, ale zazwyczaj miłe wspomnienia.

Czy któregoś z nich kochałam? To pytanie, na które nie znam odpowiedzi.


Kochliwa byłam odkąd pamiętam- jako przedszkolak wzdychałam do kolegów w jadalni, podkradałam się w czasie leżakowania, żeby się przytulić. W podstawówce pisałam miłosne listy, wysyłałam walentynki, w pamiętniku na klucz opisywałam wszystkie emocje towarzyszące mi kontaktom z bieżącym obiektem westchnień. Dalej, usychałam z miłości do niedostępnych łobuzów, czasem wchodząc z nimi w niekorzystne układy, z których wychodziłam poharatana duchowo. 

Na mapie doświadczeń "matrymonialnych" solidnie zaznaczył teren pan X, z którym znajomość była oparta na bliskości wyłącznie niefizycznej, co może mieć niemałe znaczenie- podobno te znajomości ,które zbudowane zostały na fundamentach rozmowy i ducha zostają w nas na zawsze, w przeciwieństwie do cielesnych przygód. 

Im starsza, tym wcale nie mądrzejsza, wpadałam w ramiona kolejnych wybrańców. Gdy ze mnie rezygnowano jeszcze na etapie zauroczeniowego 'haju'- przeżywałam bolesne załamanie nerwowe podważając swoje umiejętności oceny sytuacji (przecież mu zależało) oraz własną wartość .

 Jednak, gdy zdarzyło się (w niewielu przypadkach), że po okresie haju relacja trwała nadal i stabilizowała się, a partner angażował się niezmiennie niosąc na ustach zbliżające się "Kocham Cię",  z jaskini wytaczał się lęk odpowiedzialności za tę miłość. Nigdy nie byłam gotowa na bycie kochaną, ale szło to w parze z dysocjacją od tej konkretnej emocji, nieumiejętnością poczucia jej, tym samym-> wyrażenia.


Robi mi się ciasno i duszno w relacji, gdy zaczyna być 'normalnie'. Pozbawiona hormonalnego oszołomienia dochodzę do wniosku, że chciałabym być znowu sama. Obecność i czułość partnera stają się dla mnie ciężarem, co wywołuje z kolei moją bierną agresję. Nie chcę nikogo ranić, a jednocześnie chcę pilnować własnych granic, które (na niekorzyść dla partnera) stały się murem nie do przeskoczenia.

Rozbierając się z powyższych przemyśleń, mam nadzieję, że uda mi się w końcu dotrzeć do sedna problemu. Dlaczego uciekam? Może wszystko ze mną w porządku, tylko za szybko wchodzę w relacje? Może to schemat ochronny wynikający z traumy dziecięcej i ojca w typie hot'n'cold? Czy umiem kogoś szczerze pokochać w czasie rzeczywistym?


Na to ostatnie pytanie nieśmiało i po cichu odpowiadam sobie 'Tak. Bo pokochałam pana X nie widząc go na oczy. Pokochałam jego serce, które odkrywałam przez długie miesiące wielogodzinnych rozmów'.

A może chcę w to wierzyć. Chcę wierzyć, że umiem kochać.








Komentarze

Popularne posty