Miłość jak z obrazka

Mówi się, że narracja romantyczna w kinematografii oraz literaturze popsuła nam wyobrażenie o miłości.

Wielkie gesty, wejście na wyżyny kreatywnego wyrażania uczuć, poetyckie słowa, niespodziewane zwroty akcji, bajkowe ujęcia i poczucie, że to "niemożliwe". Może oglądałabym te filmy z pokpiewającym uśmiechem oraz pochłaniała kolejne rozdziały napisane przez Nicholasa Sparksa z dystansem (jaki się fikcji należy),  gdybym tego wszystkiego nie doświadczyła na własnej skórze.


Tańczyliśmy w blasku księżyca w nadmorskim porcie.

Śpiewaliśmy piosenki Disneya pijąc szampana i przemierzając Berlin.

Ukochany stał w ulewie pod moim oknem.

Czytaliśmy sobie książki przez telefon.

Dostałam śniadanie do łóżka na srebrnej tacy, po czym zagrano mi na gitarze.

Dostawałam listy miłosne.

Pisano o mnie wiersze.

Nagrywano dla mnie piosenki.

Pokonywano dla mnie tysiące kilometrów.

I to nie była jedna osoba.


Ta skrócona lista- reszta jest zbyt personalna- to przykład że w kinie i książce toczy się życie.

A może w życiu toczą się niemożliwe historie?

To prawda, że popkultura wykorzystuje ten najbardziej dynamiczny czas między dwojgiem ludzi- etap zakochania. Nie ma tu szerokiej reprezentacji dojrzałej, wieloletniej miłości (bo to średnio sprzedażowe), ale nie oznacza to, że mamy do czynienia z nierealną opowieścią.

Nie będę się odzierać z fantazji, ekhm, przepraszam!, pragnienia żeby przydarzało mi się to "niemożliwe", z małą adnotacją: aby było to tylko wstępem do pięknej epopei. 





Komentarze

Popularne posty