Tyle mam Ciebie w sobie

Kochasz swoich rodziców? 

A lubisz?

Miłość do rodziciela niejako wdrukowana jest w nasze mikre umysły odkąd zaczniemy w ogóle kiełkować pod sercem mamy. Jeszcze nie znamy ani jednego ani drugiego osobiście, ale geny, więzy krwi, przywiązanie- to wszystko każe nam wierzyć, że kochamy ich do granic, a ponad wszystko pragniemy być kochani (a może akceptowani po prostu?). Jednocześnie jesteśmy obcą, nową istotą na świecie, która pojawia się w stadzie łaknąc bezpieczeństwa, a w tym samym czasie obwieszcza się ,że to 'Nasze!' mimo, że nic o siebie jeszcze nie wiemy. Dziwna sprawa.

Jak każde dziecko, pragnęłam być kochana i widziana przez mamę i tatę. W tym celu nie powinno być żadnej checklisty do realizacji aby osiągnąć ten cel, bo miłość do cholery w tym przypadku należy się z przydziału, tak? A jednak za tym obcym facetem i obcą kobietą stały ich małe wewnętrzne dzieciaki, którym nikt nie dał instrukcji obsługi kolejnego wyrostka, co w efekcie przekładało się na działanie miksturą "Wydaje mi się", "Tak robili moi rodzice", "To dla jej dobra", albo brak działania bo "Boję się, że spierdolę". Dziecku może być niełatwo odczytać komunikat o miłości, gdy otoczenie jest niejednolite i nieprzewidywalne. Mi nie było łatwo.

Po czasie wiem jednak, że łatwiej krytykować "performance" rodzicielski z perspektywy aktywnego członka gospodarstwa domowego całkowicie zależnego do decyzji dwojga. Bo jesteśmy wtedy mikroskopijnie blisko- widzimy każde potknięcie, każdą wojenkę i obrywamy falą uderzeniową, gdy wybucha bomba. I pod złością chowamy rozczarowanie, bo 'Skoro mnie kochasz, dlaczego nie jestem w schronie?'. 

Z poziomu dojrzałego dorosłego, w końcu można ujrzeć rodzica jako człowieka, osobną osobę z historią, marzeniami, bólem, trudnościami - wymaga to odwrócenia wzroku od swoich ran choć na chwilę, by móc nabrać dystansu i wykroczyć z roli ofiary. Nie mówię, że TRZEBA. Można. Czasem warto.

Wiecie dlaczego było warto w moim przypadku?

Żywiąc urazę do tej dziewczyny i tego chłopaka, odrzucałam to z czego sama się składałam : z poczucia humoru, z powiedzonek, z ekspresji twarzy, z wartości, z cech charakteru, z talentów. Odrzucałam to, co dostałam właśnie od nich. Nie mogłam miękko rozsiąść się w sobie, w pełnym komforcie skoro czułam złość malując obraz (tata maluje), wtedy gdy wpadałam w słowotok (mama jest bardzo ekspresyjna), gdy rzucałam obleśnym żartem (tata ma niewyszukane acz wspaniałe poczucie humoru), przykłady mogę mnożyć.

Odrzucanie dziedzictwa charakterologicznego wpływało mocno na moją samoocenę.

Na całe szczęście mamy innych rodziców na przestrzeni lat - musimy żegnać się z ich starą wersją, a te nowe, inne wersje to małe szanse na stworzenie relacji z nimi na innych zasadach.


Oczywiście jeśli tego chcemy i jesteśmy gotowi nie drapać w strupa przeszłości.

To co, widzicie swoich rodziców?












Komentarze

Popularne posty